Irena Kwinto

Urodzona w 1914 roku, dzieciństwo i młodość spędziła na Wileńszczyźnie. Studiowała nauki społeczne na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie. W 1945 roku swoje drogi życiowe skierowała do Lidzbarka Warmińskiego. Tu rozpoczęła pracę jako instruktorka Domu Kultury Dzieci i Młodzieży, obecnie jest to Młodzieżowy Dom Kultury, którego jest patronką. Będąc w Lidzbarku na poważnie zajęła się pracą literacką. Pierwszą książką , w której zamieszczono utwory Pani Ireny była antologia dwudziestu autorów pt. ”Nowy kiermasz bajek” , wydany przez „Czytelnika”. Później rozpoczęła się współpraca z wydawnictwami: „Świerszczyk i „Płomyczek”. W trakcie całego swojego życia otrzymywała wiele nagród i wyróżnień. Jej utwory tłumaczone były na wiele języków świata. Opracowywane również były audycje radiowe na podstawie bajek Pani Ireny.W roku 1974 na wniosek młodzieżowego samorządu DKDiM oraz Rady - 22Harcerskiej Drużyny Turystycznej im. Mariusza Zaruskiego działającej przy DKDiM, skierowany do Kapituły „Orderu Uśmiechu”, zostało przyznane Jej to zaszczytne odznaczenie.











Pani Irena opowiada

Skąd się wzięło Jezioro Wielochowskie na Warmii

Dawno, dawno temu mieszkała na Warmii wdowa z małą córeczką Kasieńką. Kasieńka miała długie, złociste włoski i oczka modre jak kwiatuszki lnu. Miała też i złote serduszko, nigdy nie skrzywdziła żadnego stworzonka. Pomagała swojej matusi jak mogła, bo matusia wychodziła raniutko na zarobek, a wracała aż wieczorem. Co wieczór czekała Kasieńka na ławeczce przed chatką na powrót matusi i gdy już robota w domu była ukończona, matusia siadała do kądzieli i śpiewała, śpiewała stare, bardzo stare pieśni, ale Kasieńka najbardziej lubiła piosenkę o modrych oczkach. I kiedy matusia śpiewała:
Modre oczka idźcie spać,
Bo musicie rano wstać

Kasieńce oczka kleiły się, kleiły i usypiała, A raniutko, tak jak to było w piosence, modre oczka uśmiechem witały wstające słonko, Kasieńka wstawała prędziutko, a gdy matusia wchodziła do pracy, Kasieńka biegła do lasu, zbierała jagody i grzyby. Żył tak sobie szczęśliwie małe, ubogiej chatce i bardzo się kochały. Ale szczęście nie trwa zawsze długo. Za lasem, za borem, mieszkała stara wiedźma, która lubiła psuć ludziom szczęście. - Nie będziesz ty długo cieszyła się swoja córunią- zachichotała, przyglądając się z wierzchołka sosny wdowie idącej do pracy. Gdy razu pewnego Kasieńka zbierała chrust na opał, stara czarownica zjawiła się przed przerażona dziewczynką, ogarnęła ją kościstymi ramionami i uniosła daleko, w głąb dużego lasy, do swego domku. Na noc zamykała Kasię malutkiej izdebce, a o świcie wyprowadzała ją na dużą łąkę, pełną różnobarwnych kwiatów. Czarownica dała Kasi duży dzban i kazała zbierać do niego rosę. Rosa z kwiatów zamieniała się w dzbanie w lśniące brylanty, które czarownicach co wieczór kładła do dużej, okutej skrzyni. Kasieńka bardzo bała się starej wiedźmy. Łąka była olbrzymia, a wokół rozciągał się las. Na tej łące nie było żadnej żywej istoty, rosły tylko kwiaty. Jednego poranka, gdy jak zwykle zbierała do dzbana rosę z kwiatów, rozległ się koło niej drążący, cieniutki głosik:
- Umrę, umrę chyba z tęsknoty za moimi skrzypeczkami.
Obrazek do bajki 'Skąd się wzięło Jezioro Wielochowskie na Warmii
Kasieńka zobaczyła wśród trawy małego świerszczyka.
- Co ci jest, świerszczyku.?
- Czarownica zniszczyła moje piękne skrzypce. Porwała na nich struny. Umrę chyba bez moich skrzypeczek.
Kasieńka usiadła obok.
- Nie płacz. Może coś poradzimy. Popatrz, mam takie długie włosy, może z nich można zrobić struny do twoich skrzypeczek?
Rozplotła swoje złociste warkocze. Świerszczyk obciął kilka najdłuższych i najpiękniejszych Kasinych włosków i o dziwo! Nowe struny dźwięczały jeszcze piękniej niż te, które zniszczyła czarownica. Świerszczyk przycisną skrzypeczki do piersi.
- Dziękuję ci, Kasieńko. Czarownica kazała mi cię pilnować, ale za twoje dobre serduszko pomogę ci uciec! Śpiesz się ! Prędko, zanim wróci wiedźma! Biegnij za mną, a nie zapomnij wziąć dzbana ze sobą! Biegnij za mną! Śpiesz się! I świerszczyk puścił się przez łąkę dużymi susami tak prędko, że Kasieńka z ciężkim dzbanem ledwo mogła za nim nadążyć. Długo, długo biegła Kasieńka za zielonym świerszczykiem, aż tu za nimi dał się słyszeć straszny chichot czarownicy:
- Mam was, nie ujdziecie mi!
Już, już, a dosięgną ich kościste ręce wiedźmy.
- Rzuć dzban za siebie – krzyknął przerażony świerszczyk. Kasieńka rzuciła i czy to czary, czy sen? Między Kasieńką a stara wiedźmą rozlało się duże jezioro. Wrzasnęła wiedźma, rzuciła się na ziemię i zaczęła pić wodę z jeziora. Piła, piła , wody w jeziorze ubywało, wiedźma pęczniała coraz bardziej i nagle martwa padła na piasek.
- A Kasieńka? A świerszczyk? – zapytacie. Kasieńka wróciła do swojej matusi. Czyż można opowiedzieć, co to była za radość? Znów popłynęły im dniu w szczęściu i pokoju. I może nikt by się o tej historii nie dowiedział, gdyby na jeziorze, którego fala do dziś mieni się w słońcu tęczą, jak kropel rosy z dzbana starej wiedźmy. I wiele tych kropel chowa sobie w głębi jeziora, dlatego też nazwano je Wielochowem. Kształt ma podobny do dzbana. Wieczorem świerszcze nad nim grają zaczarowane melodie, na pewno te same, które przygrywała niegdyś świerszczyk na złotych strunach z włosów dobrej Kasieńki.